Czulent to szabas. Odpoczynek. Siódmy dzień tygodnia. Odwiedziłam w ubiegły szabas Muzeum Historii Żydów Polskich. Imponujące i piękne. Niejeden szabas przyjdzie spędzić, żeby tę historię poznać. Tylko tłum za duży, za mało skupiony, niepotrzebny… Ale zanim jeszcze poszłam poznawać i podziwiać, przygotowałam czulent. A konkretnie jego bezmięsną wersję. I dobrze, że to zrobiłam. Muzealne bistro Besamin pozostawia wiele do życzenia. I nikt mi nie powie, że jedzenie leżące na podgrzewaczu, wciąż może być tak samo smaczne, jak po przyrządzeniu.
W piątek namoczyłam białą fasolę ( także fasola Jaś) i po raz kolejny odkryłam Daktari i ich świetne improwizacje.
…a w sobotę rano zebrałam wszystkie składniki. W kulturze żydowskiej używanie gazu zakazane jest w szabas, dlatego bardzo często przygotowaną potrawę oddawało się do piekarni, aby w piecu dochodziła przez noc z piątku na sobotę i była gotowa na sobotni obiad.
- fasola Jaś lub biała ( 1-1,5 szklanki)
- 2 spore cebule białe i jedna czerwona
- 6 ziemniaków
- łyżka Planty
- 1/2 szklanki pęczaku ( może być kasza perłowa)
- garść granulatu sojowego
- 2 marchewki
- 5 ząbków czosnku, 3 liście laurowe
- kilka ziaren ziela angielskiego
- kilka szklanek bulionu
- sól, pieprz
- jajko, mąka pszenna, woda
Fasolę ugotowałam, jednak nie do miękkości. Granulat sojowy namoczyłam w bulionie, odcedziłam nie wylewając bulionu. Obierałam ziemniaki i marchew, czosnek i cebulę i słuchałam sobie Gaamery. Jaka szkoda, że już nie grają razem i nie usłyszę ich na żywo! Pozostaje youtube i soundcloud
Ziemniaki pokroiłam sobie w dużą kostkę, marchewkę w duże plastry, czosnek także, a cebulę w półkrążki. W zasadzie wszystko gotowe. Zaczynam! Na głębokiej patelni lub w żeliwnym garnku podgrzałam plantę, podsmażyłam lekko cebulę i czosnek. W garnku bądź żaroodpornym naczyniu na cebuli i czosnku warstwami ułożyłam wszystkie składniki: fasolę, ziemniaki, kaszę, granulat oraz ponownie fasolę, cebulę i czosnek, z zielem angielskim i liściem laurowym. Każdą z układanych warstw oprószyłam solą i pieprzem. rozgrzałam piekarnik do 100-120 stopni. I włączyłam Sztetl Quartet. Takie wspaniałe dęciaki!
Teraz już można było całość zalać bulionem, tak aby pokrył wszystkie składniki. Na wierzchu dołożyłam kilka jaj w skorupkach. Szybko zrobiłam najprostsze ciasto z mąki pszennej i wody . i szczelnie zakryłam ciastem naczynie. Otuliłam, zakleiłam, zamknęłam zapachy i smaki na dobre.
W elektrycznym piekarniku można dodatkowo i zazdrośnie zamknąć aromaty w gazecie i owinąć sznurkiem. W gazowym odradzam, chyba że fajne chłopaki ze straży pożarnej rezydują niedaleko, a sąsiedzi są bardzo wyrozumiali.
Czulent piecze się bardzo długo w dość niskiej temperaturze. Ten jest wersją bezmięsną i nie potrzebuje aż tyle czasu. 3 godziny mu wystarczą, a w tym czasie Frozen Bird ansambl zabrał mnie daleko stąd, gdzie jeszcze nie byłam…
https://soundcloud.com/fonografika/frozen-bird-bastards
… i zadzwonił alarm od piekarnika. Czas na czulent, czas świętować szabas, tylko jak jest gorący i prosto z pieca. Podobno ciasto się wyrzuca, ale w nim zgromadziło się tyle smaków, tyle aromatów, bliskich i dalekich, znajomych i obcych – musiałam go zjeść. Było warto poczekać, było warto się nie spieszyć. I jeszcze raz posłuchać Sztetl Quartet



