Zacznijmy od jedzenia, które zniknęło zanim sprawdziłam, jak wyszło. Dlatego nie będzie ani zdjęcia, ani typowego gastro – porno. Będzie przepis i tyle na początek:
- 4 ugotowane buraki
- puszka bobu
- świeże zioła: melisa, mięta i bazylia
- ostra czerwona papryka i średnio ostra, zielona węgierska
- świeży korzeń imbiru
- czosnek
- limonka
- oliwa z oliwek
- ocet winny ( z białego wina)
- sól morska i pieprz czarny
Buraki ugotowałam tylko dlatego, ze nic innego nie było w domu. Wróciłam właśnie z Budapesztu, z kilkoma zielonymi papryczkami w walizce. Puszka bobu stała w szafce, na szczęście gotowa właśnie na taki moment. Obrałam go ze skórek i zamarynowałam na 2-3 godziny w soku z limonki i oliwą ze świeżym, drobno pokrojonym korzeniem imbiru i solą morską. Pokrojenie buraków, obranych i ugotowanych na cienkie plastry zajmuje kilka minut. Skropiłam oliwą, octem winnym, posypałam solą i dodałam posiekane zioła i ostrą, czerwoną paprykę. No i czosnek – obowiązkowo – posiekany nie zmiażdżony ( mój idol Anthony Bourdain, mówi, że nie ma sensu go mordować i wyciskać zeń całego soku – i ja się z nim w pełni zgadzam). Buraki w pudełku sobie leżą i się marynują. Żałowałam, że nie mam koziego sera albo chociaż Halloumi. Ser zawsze świetnie się uzupełnia z burakami. Ale czasu na zakupy już nie było. Zabrałam pojemniki i pojechałam na Ogrodową. Bimber już się kończył, zdążyłam jeszcze spróbować pysznego tatara z łososia. Wyjęłam buraki na płaski talerz, posypałam bobem i poszłam zapalić. Jak wróciłam do kuchni na talerzu poniewierały się pojedyncze ziarenka bobu umorusanego w burakach. Za chwilę ktoś zlikwidował i te smętne resztki. Nie wiem jak smakowało, ale zakładam, że nieźle.
PS: A piękne i smaczne miejsce, które ponownie odwiedziłam w Budapeszcie znajduje się na Kiraly utca 21, Goamama Coffee
.
