Dawno mnie tu nie było. Tak się złożyło. Jednak i muzyka cały czas była, i jedzenie, i gotowanie… zaczęło się od buraczanej sałatki na pewnej imprezie z bimbrem. Znowu był bimber. I muzyka. I jedzenie – no ale to akurat wiadomo, bo święta.
Ale nie świątecznie będzie. Tylko tak, po prostu. I tak łatwo i ładnie. ” If the music was that easy”
https://www.youtube.com/watch?v=rOnBuq8ogh8
Nie tylko muzyka łatwa i przyjemna. Rzeczone smarowidło także. Po prostu moje wariacje na temat hummusu. Choć właściwie hummusem już chyba nie można tego nazwać. A może i można. Nie wiem czy legendarny hummusu wynalazca, sułtan Saladyn byłby ze mnie dumny. Ale jako że wyprawami krzyżowymi się parał, za nic mam jego zdanie na ten temat. I zwykle robię tak:
Smarowidło 1. Hummus opcja pierwsza:
- słodki ziemniak ( batat) lub dynia piżmowa
- pasta Tahini jasna
- kilka ząbków czosnku
- cytryna
- oliwa
- sumak
- papryka suszona w proszku
- listki świeżego carry
- sól morska
- filiżanka lodowatej wody
Zawinięty w aluminiową folię batat ( pokrojony w duże kawałki i w skórce, jeśli zaś jest to dynia – obrana ze skóry, pokrojona i bez pestek), pokropiony oliwą, posolony, z czosnkiem i liśćmi curry zamknięty w gorącym piekarniku zostaje tam, aż będzie bardzo miękki. Trochę to trwa. Musi się prawie rozpadać.
Akurat Bonobo na ten czas nadaje się idealnie
Potem jeszcze Kieślowski vs Skalpel „Tramwaj so far”, a właściwie to można włączyć cały ” Transit”. Będzie pewność, że miękkość odpowiednią batat osiągnie. Teraz trzeba go wystudzić. Obrać ze skórki. Dołożyć ząbki czosnku, przyprawy, trochę oliwy. Kilka łyżek pasty Tahini ( na około 2 duże słodkie ziemniaki – 3 duże łyżki pasty). Sok z jednej cytryny wyciśnięty, bez pestek, złagodzi słodycz ziemniaka czy dyni piżmowej. „Rozpuści” też orzechowy smak pasty. I jeszcze kilka liści świeżego curry. Jest dość ostre. Więc wszystko zależy, jaki kaliber ma mieć hummus.
Trochę dodanej oliwy doda gładkości. I można wszystko zmiksować. W Jadłomanii wyczytałam, że dodanie pół filiżanki mocno schłodzonej wody w trakcie miksowania, spowoduje, że hummus jest jeszcze bardziej aksamitny. To prawda! Jak biały piasek na plaży. I jak Tycho
Na wierzchu można jeszcze skropić pastę oliwą, posypać sumakiem lub natką pietruszki. I szama gotowa.
Smarowidło 2. Hummus opcja druga
- buraki
- pasta Tahini ciemna
- cytryna
- świeży korzeń chrzanu
- sól
- czosnek
- oliwa
W sumie nic prostszego. Procedura ta sama – burak pokrojony i pieczony z oliwą i solą. Długo pieczony. Burak zawsze lubi długo się piec. Można cały album Tycho „Dive” przesłuchać, poprawić Bonobo-Nicolas Jaar – Chet Faker 1:51 set. Z pewnością będzie gotowy. A dalej bez zmian – pasta Tahini ciemna – intensywniejsza w smaku, cięższa. Do tego sok z cytryny, utarty kawałek korzenia chrzanu koniecznie świeżego. Oliwa, czosnek i znowu trochę lodowatej wody. I gotowe. Queen Verona chyba potwierdzi. Z jakiegoś powodu, nigdy nie udało mi się zrobić mu zdjęcia.
Smarowidło 3. Smalec wege
W sumie to robię go od dawna. Ale jakoś zawsze jest trochę za twardy, słabo się rozsmarowuje, chociaż smaku mu to nie ujmuje. Łukasz ma chyba lepszy sposób, choć twierdzi, że smalec bierze od babci, a opakowanie zamienia na wege. Kiedyś pamiętam jadłam Lesia smalec w Galerii Domowej ( tak się to chyba nazywało – rany boskie wieki temu to było). I to był najlepszy wege smalec w moim życiu. A może okoliczności żoliborsko-nocne temu sprzyjały? kto wie…
- Planta
- cebula biała i czerwona
- masło klarowane
- prażona cebulka
- granulat sojowy ( namoczony w gorącym wege bulionie i bardzo solidnie odcedzony)
- jabłko
- majeranek, sól i pieprz czarny
- czosnek
- opcjonalnie kurki, pieczarki czy co tam w duszy gra
The Sound Defects ” The iron horse” jak znalazł tło doskonałe do smalcu stanowić może: rozpuści, popłynie, poszybuje, zaskwierczy. Klarowanym masłem z drobno posiekaną cebulą białą i czerwoną zaskwierczy. Planta rozpuszczana popłynie, a w niej podryfują posiekane jabłko, granulat, przyprawy i grzyby ( jeśli taki nastrój jest). Wszystko kilkanaście minut się smaży, powoli i bez pośpiechu. Na koniec jeszcze czosnek drobno pokrojony, cebulka prażona w ostatniej chwili. I świeże chili, jak ktoś lubi podkręcić niczym The Sound Defects w 13 minucie albumu. Pozostaje zlać do naczynia gorącą całość i poczekać aż wystygnie. Nim to się stanie, można kilka razy wymieszać, zamieszać i siać zamęt.
I zamknąć jak się zaczęło – sceną tańca z filmu „Salto” Tadeusza Konwickiego z muzyką Wojciecha Kilara








